Fernand Braudel Center, Binghamton University
http://fbc.binghamton.edu/commentr.htm
Komentarz nr 181, 15 marca 2006
"Stany Zjednoczone i Indie - nowa para najlepszych przyjaciół?"
George
W. Bush przybył do Indii i doprowadził do zawarcia porozumienia, które wielu
komentatorów powitało z radością jako historyczne i przełomowe dla geopolityki
systemu-świata. Na pierwszy rzut oka podróż ta (przyrównywana przez niektórych
do spotkania Nixona z Mao w Pekinie) oznacza poważną zmianę, jeśli chodzi
o politykę obydwu tych krajów. Może warto jednak przyglądnąć się jej bardziej
szczegółowo?
Indyjski Kongres Narodowy był ruchem wyzwolenia narodowego, ustanawiającym
modelowy przykład dla innych tego typu inicjatyw w całej Azji i w Afryce.
Polityka pierwszego premiera Indii, Jawaharlala Nehru, a także jego bezpośrednich
następców, stanowiła połączenie niezaangażowania, aktywnego poparcia dla ruchów
antykolonialnych na całym świecie oraz, w sprawach wewnętrznych, rozwiązań
socjaldemokratycznych. Indie dążyły również do umocnienia swojego potencjału
militarnego. Stany Zjednoczone nie mogły udzielić im pod tym względem pomocy,
dlatego Hindusi zwrócili się do ZSRR, od którego - ku coraz większemu oburzeniu
USA - kupowały broń i samoloty.
Po pewnym jednak czasie, w latach 70. i 80., w Kongresie, podobnie jak w innych
nurtach tego typu, zaczęły pojawiać się oznaki rozczarowania. W latach 90.
utracił resztki blasku, który roztaczał do tej pory, a do władzy doszła prawicowa
partia hinduistycznych "supremistów", Bharatiya Janata Party (BJP),
która rządziła krajem od 1996 do 2004 roku. Kongres w epoce po-zimnowojennej
przestał głosić hasła o niezaangażowaniu, solidarności antykolonialnej, nie
kierował się już również ideami socjaldemokratycznymi tak ochoczo, jak poprzednio.
Przez ostatnie pięć lat w obydwu krajach zaszły daleko idące przemiany. Z
jednej strony boom ekonomiczny Indii stał się jednym z motywów amerykańskiego
outsourcingu związanego z branżą informatyczną. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych
pochodzeniach indyjskiego, którzy dorobili się poważnych fortun dzięki nowym
technologiom, nie zrezygnowali ze swoich związków z ojczyzną, a jako konserwatyści
polityczni mogli oni wywierać naciski na rząd indyjski, aby zacieśniał swoje
stosunku z USA.
Z drugiej strony z powodu polityki administracji Busha doszło do znacznej
izolacji Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej. Indie należą do tej
niewielkiej liczby krajów, w których zgodnie z sondażami osoby posiadające
przychylny stosunek do Stanów Zjednoczonych należą do większości. Nie oznacza
to, że nie znajdziemy tam licznego nurtu przeciwników polityki USA, jednak
mamy tu do czynienia z przemianami odwrotnymi do tych, które mają miejsce
w przypadku tradycyjnych sojuszników Stanów Zjednoczonych, takich jak Europa
Zachodnia czy Korea Południowa.
Podróż Busha i kulminację negocjacji między Indiami i Stanami Zjednoczonymi
dotyczących pomocy USA dla indyjskiego programu nuklearnego należy rozpatrywać
z uwzględnieniem wszystkich tych powyższych faktów. Indie były jednym z trzech
państw, które odmówiły podpisania traktatu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej.
Dwa pozostałe to Pakistan i Izrael. Wszystkie zbudowały broń atomową. Jeszcze do niedawna Stany
Zjednoczone oficjalnie potępiały politykę Indii w tym zakresie, a po indyjskich
próbach przeprowadzonych w 1998 roku, w ogóle zabroniony był eksportu technologii
nuklearnych z USA do tego kraju.
Dzisiaj Waszyngton zmienił front o 180 stopni. Na podstawie obecnie podpisanego
układu Stany Zjednoczone będą sprzedawały Indiom - które wciąż nie podpisały
traktatu o nierozprzestrzenianiu - zarówno paliwo, jak i technologię nuklearną.
Oczywiście, wsparcie dotyczy jedynie pokojowego przeznaczenia energii atomowej
i uwarunkowane jest obowiązkiem przeprowadzania inspekcji - ale tylko tych
instalacji, które związane są z zastosowaniami poza-wojskowymi. To Indie zdecydują,
które fabryki uznać za pokojowe, a które za militarne. Tymczasem Bush nie
posiada się ze szczęścia, że doszło do nawiązania "strategicznego partnerstwa"...
Korzyści dla Indii z podpisania porozumienia są oczywiste. Pozyskają niezbędne
wsparcie technologiczne, dzięki któremu będą mogły przyspieszyć realizację
programu nuklearnego. Uzyskają też faktyczne uznanie jako mocarstwo atomowe
i mniej więcej taką samą pozycję, jaką zajmuje pięciu stałych członków Rady
Bezpieczeństwa ONZ. A wszystko to bez rezygnacji z praktycznie żadnego ze
swoich postulatów.
Traktat wywołał jednak również falę krytyki. W Indiach swoje niezadowolenie
wyrażają przeciwnicy geopolitycznej zażyłości ze Stanami Zjednoczonymi, a
należą do nich między innymi partnerzy koalicyjni Kongresu. W USA oburzenie
daje się zauważyć we wszystkich sektorach sceny politycznej - jego przedmiotem
jest obawa, że doszło do faktycznej eliminacji traktatu o nierozprzestrzenianiu.
Dodatkowo w obliczu porozumienia z Indiami unieważnieniu ulegają wszystkie
zarzuty zgłaszane pod adresem Iranu, ponieważ kraj ten ubiega się dokładnie
o to samo, co Indie już uzyskały. Swojego rozczarowania nie kryje też Pakistan
- Bush dał mu do zrozumienia, że nie ma co liczyć na przywileje, którymi obdarzone
zostały Indie.
Najważniejsze pytanie brzmi "jakie wszystko to będzie miało skutki?".
Krytycy z Kongresu amerykańskiego już zgłosili inicjatywę sformułowania warunków,
których spełnienie będzie niezbędne dla podpisania porozumienia. Trudno jednak
zakładać, że gdy plan ten faktycznie zostanie zrealizowany (co jest dość prawdopodobne)
Indie zgodziłyby się na jakikolwiek kompromis. Wówczas ciepłe uczucia, którymi
rząd indyjski otacza Stany Zjednoczone również wystawione by zostały na poważną
próbę. Ale na życzliwość Pakistanu, już i tak znacznie nadwerężoną, USA w
takich warunkach także nie mogłyby liczyć.
Tak czy inaczej Indie wyjdą obronną ręką. Rosja już zadeklarowała, że jest
gotowa sprzedawać Hindusom paliwo nuklearne. Ofercie takiej w przeszłości
Stany Zjednoczone starały się za wszelką cenę zapobiec, ale obecnie nie mają
w rękach żadnych argumentów, żeby temu zapobiec. Wątłe podstawy, na których
opierał się sprzeciw wobec ambicji Iranu również legły w gruzach. A rząd północnokoreański
przygląda się i zaciera ręce...
Co więc pozostaje z historycznego przełomu? Wiele profitów dla Indii, dalsze
porażki dyplomacji USA. Traktat ten raczej nie doprowadził do powstania strategicznego
partnerstwa, stał się natomiast z całą pewnością kolejnym czynnikiem nadwątlającym
pozycję strategiczną Stanów Zjednoczonych.
Immanuel Wallerstein
Prawa autorskie: Immanuel Wallerstein. Dystrybucja: Agence Global. W celu uzyskania zgody na tłumaczenie oraz publikację w niekomercyjnych serwisach internetowych, prosimy o kontakt: rights@agenceglobal.com, +001.336.686.9002 lub +001.336.286.6606. Niniejsze komentarze mogą być pobierane, przekazywane i przesyłane za pośrednictwem mediów elektronicznych lub pocztą elektroniczną, jednak nie można zmieniać ich treści ani usuwać informacji o prawach autorskich. Kontakt z autorem: immanuel.wallerstein@yale.edu.
Komentarze te, publikowane
dwa razy w miesiącu, z zamierzenia mają być refleksją nad kondycją współczesnego
świata, postrzeganego nie z perspektywy aktualnych wydarzeń, o których donosi
prasa, a w kontekście długotrwałych przemian.
______________________________________________
Przejdź do Listy komentarzy
Przejdź do Strony
domowej Fernand Braudel Center